Sto metrów pod niebem – La Paz

Spacerując po ulicach, mijam smutne twarze kobiet. Ich oczy są szare i pozbawione blasku. Uginają się pod ciężarem towaru który za moment wystawią na sprzedaż na ciągnących się kilometrami, ulicznych straganach. Ciała wielu z nich, szczelnie ukryte pod tradycyjnymi ludowymi strojami, pełne są siniaków. Możliwe, że w ich głowach wciąż rozbrzmiewa krzyk mężczyzny, który siłą udowadnia, że ma nad nimi władzę.

Przemoc domowa jest w Boliwii na porządku dziennym. Nikt na nią nie reaguje, nikt nie próbuje tego zmienić.

Pytam jednego z moich hostów, 55letniego Boliwiańczyka dlaczego kobiety nie reagują? Dlaczego nie walczą o swoje prawa? Dlaczego nie odchodzą od mężczyzn którzy źle je traktują?
Roberto patrzy na mnie smutno i kręci głową. Opowiada mi o sytuacjach gdy bita kobieta staje w obronie swojego ‚kata’ ponieważ boi się, że może zostać sama. Tłumaczy mi, że dziewczyna która nie ma męża uznawana jest za nic nie wartą. Właśnie dlatego żadna z nich nie zgłasza przestępstw których dopuszczają się mężczyźni.

Im więcej historii słyszę tym mniej zaskakują mnie pozbawione uśmiechu twarze, spracowane ręce i wrogie spojrzenia.

Spaceruje ulicami jednego z Boliwijskich miasteczek. Omijam grupy gwiżdżących na mnie bezczelnie mężczyzn i wcale nie mam ochoty tutaj być.
Decyduje się wyjechać z tego kraju zaledwie cztery dni po przyjeździe.

Właśnie wtedy, gdy mówię wszystkim, że nie zamierzam spędzić tutaj ani dnia więcej, trafiam do miasta pełnego magii.

La Paz

Wysiadam z autobusu o 05:15 czasu Południowo Amerykańskiego.
Niebo wciąż jest czarne, a przede mną roztacza się widok miliona świateł wydobywających się z ulicznych latarni.
Wpatruje się w to z zachwytem i na chwilę zapominam iż znajduję się w jednym z (ponoć) najniebezpieczniejszych miast Ameryki Łacińskiej.

Na ziemię sprowadza mnie cmokanie dwóch mijających mnie mężczyzn.

Zarzucam plecak na plecy i kieruje się w stronę centrum. Piętnaście kilogramów bagażu mocno mi ciąży, a płuca domagają się większej ilości tlenu.

Tutaj, w najwyżej położonej stolicy świata (3200-4100m.n.p.,m) wielu turystów doświadcza choroby wysokościowej.
Co ciekawe, konstytucyjną stolicą Boliwii jest Sucre, ale w praktyce od 1889r rolę stolicy pełni La Paz i to tutaj mieści się siedziba prezydenta, rządu oraz parlamentu.

Gdy docieram do centrum nie mogę oprzeć się wrażeniu, że znowu jestem w Indiach.
Gwar, tłok, setki ulicznych sprzedawców oferujących najróżniejsze przedmioty. Od ubrań, przez elektronikę i zabawki, po wyszukane potrawy i świeżo wyciskane soki z owoców.

Podchodzę do jednej z kobiet siedzących na ulicy; przed nią stoją dwa ogromne kosze pełne ciepłych, parujących jeszcze bułek wypełnionych serem i śmietaną.
Pytam o cenę; 2BOB, czyli ok 1zł. Kupuję dwie bułki, a kobieta dziękuje mi z szerokim uśmiechem.

Jest to pierwszy szczery uśmiech skierowany w moją stronę odkąd przyjechałam do Boliwii.
Mimo przerażenia mojego Boliwijskiego hosta (nie możesz jeść na ulicy! Na pewno się zatrujesz!) staje się stałą klientką tej kobiety i (na szczęście) nie mam przez to żadnych problemów żołądkowych.

Podczas kolejnych dni zastanawiam się czy te handlujące towarem kobiety (na straganach praktycznie nie spotyka się mężczyzn) w ogóle kładą się spać. Od wczesnych godzin porannych siedzą już na drogach i usiłują sprzedać co tylko się da.
Gdy wieczorem kieruje się w stronę mieszkania mojego hosta one nadal pracują, owinięte w kilka warstw swetrów i koców.

Co jakiś czas spotykam też dzieci około 7-10 letnie, które krążą po ulicach i stacjach benzynowych sprzedając słodycze lub oranżady w plastikowych woreczkach.
Mój przyjaciel mówi mi, że jeszcze kilka lat temu dzieci w podobnym wieku pracowały w autobusach pobierając opłaty za przejazd od pasażerów. Teraz jednak jest to zakazane.

Mimo panującej tu biedy i trudnej sytuacji życiowej mieszkańcy La Paz nie są aż tak zamknięci w sobie i wrogo nastawieni na turystów jak ludzie których spotykałam w innych częściach Boliwii.
Na ulicach słychać pozdrowienia, wielu ludzi odpowiada uśmiechem na mój uśmiech, a w barach i restauracjach rozbrzmiewa beztroski śmiech.

Patrzę na ciągnące się przede mną ulice i postanawiam zostać tutaj dłużej. Odnajduje się w chaosie miasta.

Pociąg do gwiazd

Po La Paz można spacerować godzinami. Można też ‚latać’ ponad miastem.
Wystarczy udać się do stacji  Mi Teleferico, kupić bilet za 3BOB i wsiąść do jednego z wagoników, najdłuższej na świecie kolejki linowej.
Z lotu ptaka podziwiać można najwyżej położony na świecie stadion piłkarski i ciągnącą się kilometrami panoramę miasta.

Mi Teleferico nie było jednak fanaberią władz miasta czy wabikiem na turystów.
Temat kolei linowej przewijał się w La Paz już od początku lat 70tych i miał rozwiązać szereg problemów takich jak: niestabilny system komunikacji publicznej, korki, rosnące zapotrzebowanie na olej napędowy i benzynę. Hałas i zanieczyszczenie powietrza.
Kolejka linowa miała również skrócić (geograficznie i czasowo) dystans między La Paz, a El Alto które dzieli ok 400m wysokości (1300 stóp).

Projekt wielokrotnie trafiał ‚na stół’ w pałacu prezydenckim, jednak za każdym razem stawał w martwym punkcie.
W końcu w roku 2011 przeprowadzono badania na temat potencjalnego popytu na podróże kolejką linową. Ustalono, że miasto obsługuje 1,7 miliona podróży dziennie, w tym 350 000 podróży między La Paz i El Alto. Dane zebrane podczas tych badań były na tyle przekonujące, że ostatecznie, w roku 2012 Boliwijski prezydent Evo Morales Ayma sporządził projekt ustawy o budowie kolejki linowej który został sfinansowany przez Skarb Państwa, dzięki pożyczce wewnętrznej Banku Centralnego Boliwii.

Faza pierwsza Mi Teleferico składała się z trzech linii (czerwonej, żółtej i zielonej) i rozpoczęła działalność 30.05.2014r
Powyższy środek transportu przejął się bardzo dobrze wśród mieszkańców La Paz i 1.07.2014r Prezydent miasta Evo Morales Ayama ogłosił projekt obejmujący budowę sześciu nowych linii które mają wydłużyć kolejkę do ponad 20km (12mil).

W dniu dzisiejszym (maj 2018) działa już 6 z 9 linii.

Każda z nich ma maksymalną pojemność 6000 pasażerów na godzinę (każdy wagonik może pomieścić 10 osób i odjeżdżają one co 12 sekund) Natomiast łączna ilość wagoników wynosi 909 (443 ‚samochody’ na linii czerwonej, zielonej i żółtej, 208 na niebieskiej, 127 na pomarańczowej i 131 na białej linii.)

Trzy pozostałe linie (Purple, Sky Blue i Silver) są w budowie.
Szacowany koszt projektu to 506 milionów dolarów.

Krok od przepaści

La Paz nie szczędzi też wrażeń osobom które zamiast szybować w przestworzach wolą twardo stąpać po ziemi.

Wystarczy, że skierujecie się w rejony Yungas, a traficie na wybudowaną w latach 1932-1935 przez paragwajskich jeńców wojennych, długą na około 80km ‚Death road’ uważana za najniebezpieczniejszą drogę  górską na świecie.

Według statystyk każdego roku ginie tutaj ok 200-300 osób. Mimo to nie brakuje ochotników którzy motocyklami, rowerami lub autami pokonują tą trasę w poszukiwaniu adrenaliny i niezapomnianych widoków.

Pierwszy etap drogi prowadzi przez nowoczesną asfaltową ulicę wokół której rozciąga się panorama gór.
Ośnieżone szczyty lśnią w słońcu, a w kotlinach znajdują się zbiorniki wody która dostarczana jest kilometrowymi wodociągami do La Paz.
Widoki są przepiękne i nic nie zwiastuje trudności z którymi przyjdzie Nam się zmierzyć podczas kolejnych kilometrów trasy. 

Asfalt jednak w końcu się kończy i wjeżdżamy na wąską drogę pokrytą żwirem i kamieniami. Z każdym kolejnym kilometrem wznosimy się coraz wyżej. Powietrze staje się zimniejsze, a chmury powoli przysłaniają widoczność. Po około 40min jazdy w górę nie jesteśmy w stanie zobaczyć niczego co znajduje się dalej niż 6metrów przed nami bo gęste chmury pokrywają drogę niczym mgła.
Pokonujemy setki zakrętów, na rozmiękłej przez skraplające się chmury piaszczystej drodze. Kilkakrotnie tuż obok nas pojawiają się wodospady zalewające ścieżkę strumieniami wody. Roberto mówi mi, że w porze deszczowej te niegroźne strumyki zmieniają się w ogromne, rwące potoki. Często uniemożliwiają przejazd na drugą stronę.

Po kilku godzinach jazdy w końcu wzbijamy się ponad chmury i mgłę. Patrzę dookoła oczarowana pięknem natury i przez chwilę nie mogę wydobyć z siebie głosu, czując jak do oczu napływają mi łzy.

U moich stóp znajdują się wierzchołki gór i hektary tropikalnego lasu deszczowego. Dookoła panuje cisza przerywana tylko odgłosami natury.

Patrzę w kierunku Roberto i w myślach dziękuję światu, że postawił tego człowieka na mojej drodze. Gdyby nie on nigdy bym tu nie dotarła.

Przed nami ostatnie kilka kilometrów do miasteczka Coroico które znajduje się na samym końcu Death road. Zamierzamy zatrzymać się tam na obiad i nabrać sił przed drogą powrotną.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s