Autostop w Argentynie – z Buenos Aires do wodospadu Iguazu

Gdyby nie propozycje seksu i niemalże zerowy ruch na północy Argentyny, powiedziałabym, że autostop na trasie Buenos Aires – Iguazu to coś pięknego.
Co prawda zatrzymał mi się tylko jeden samochód osobowy, a kierowcy ciężarówek…

Zresztą, sami przeczytajcie:

No hablo Espanol – och.. 10 sekund ciszy i znów potok pięknie złożonych hiszpańskie zdań z których, mimo ogromnego wysiłku nie rozumiem praktycznie nic.

Po kilkuset kilometrach w mojej pamięci utrwalają się pojedyncze słowa na temat pogody, dzieci, polski i mojej podróży. Pozwala mi to zabawić kierowcę rozmową przez jakieś 10min podczas naszej 4 godzinnej jazdy.

Wyjechałam z Buenos Aires późno. Po 11:30. Do tej godziny naiwnie próbowałam złapać kontakt z bankiem PKO aby odblokować karty płatnicze. Nie udało mi się.
Wydałam resztkę gotówki którą miałam przy sobie i wyposażona w 2 bagietki, dżem, banana i nadzieję, wyruszyłam w drogę, kalkulując na ile dni wystarczą mi te nędzne zapasy.
Zanim doszłam do przystanku z którego odjeżdża autobus nr 194 byłam już zupełnie przemoczona przez ulewę, która akurat dzisiaj, po dziesięciu dniach upałów, postanowiła nawiedzić Buenos Aires. 

Pocieszałam się myślą, że biedna, przemoczona dziewczyna na pewno szybciej złapie stopa i miałam rację. Ale o tym zaraz. Wróćmy do autobusu.

Linia nr 194 jeździ kilkanaście razy dziennie z centrum Buenos Aires do Zarate.
Koszt przejazdu to w teorii jakieś 7 Peso
.
Dlaczego w teorii? Bo tak naprawdę bardzo rzadko kiedy Argentyńskim kierowcom przychodzi do głowy aby wymagać biletu od podróżnika z plecakiem.
Podczas 10dni w Buenos Aires zapłaciłam za przejazd autobusem może trzy razy, a prawie każdego dnia jeździłam z jednego końca miasta na drugi, spędzając w busach długie godziny. 

Jeśli jednak świat Wam nie sprzyja, aby zapłacić za przejazd musicie posiadać elektroniczna kartę Sube. Możecie kupić ją za 25 Peso w niektórych sklepach oraz tunelach metra.

Płacicie lub nie i jedziecie niecałe 2h do Zarate, omijając tym samym niebezpieczne favele ulokowane na obrzeżach miasta. (Wierzcie mi, że nie chcecie znaleźć się w ich pobliżu).

Jeśli uśmiechniecie się ładnie do kierowcy to pewnie zgodzi się wysadzić Was na rondzie przed miastem, skąd biegnie krajowa 12 na którą musicie się dostać aby złapać stopa do Iguazu.

Wysiądźcie i przejdźcie kilka kroków w prawo aż zobaczycie stacje benzynową oraz postój tirów. Nigdzie dalej nie idźcie. Jesteście w najlepszym miejscu.

Zatrzymanie pierwszego auta zajelo mi chyba minutę. Kierowcą był 29letni David. Przejechałam z nim ok 120km podczas których zadał mi 6 pytań: 

Skąd pochodzisz? – Polska

– Jesteś głodna? – Nie

– Masz faceta? – Tak (zawsze kłamię w tej sytuacji)

– Jednego czy kilku? – eee jednego

Ale go tu nie ma? – No nie..

10km dalej zatrzymał się na stacji i padło pytanie nr 6:

– Będziesz ze mną uprawiać seks?

Jak pewnie się domyślacie, po tym pytaniu wzięłam plecak i wyskoczyłam z samochodu.

Podeszłam do faceta który wychodził właśnie ze stacji benzynowej pytając dokąd jedzie i czy mógłby mnie podwieźć.
Okazało się, że wybiera się do Concordia (czyli właśnie tam gdzie chciałam dotrzeć).
Juan miał ok 60lat, od 33 lat jeździł tirami. Ma dużą rodzinę i córkę we Francji. Wypiliśmy razem 1.5l mate i przejechaliśmy ok 200km

Wysadził mnie na stacji przed Concordia. Weszłam do budynku, skorzystałam z łazienki, zdobyłam karton na którym napisałam nazwę kolejnej miejscowości i wyszłam na drogę. 

45 sekund później, biegłam już w kierunku ciężarówki która zatrzymała się kawałek dalej.
Moim kierowcą był 35letni Ricardo. Miał syna, kiepski gust muzyczny i nie wierzył, że jestem na tyle głupia aby podróżować samotnie po Argentynie. 
Podwiózł mnie do miejscowości Uruguaiana. Przejechaliśmy razem ok 220km.

Gdy zbliżaliśmy się do miasta było po 22 więc nawet nie myślałam o tym aby łapać jakiekolwiek kolejne auto. 

Poprosiłam Ricardo aby wysadził mnie na stacji przed rozwidleniem dróg w kierunku Brazylii (Uruguaiana) i Argentyny. Po obu stronach autostrady znajduje się około 4-5 stacji benzynowych. Wybrałam na chybił trafił tą po stronie drogi biegnącej w kierunku Brazylii i po kilku minutach gratulowałam sobie trafnego wyboru. 

Stacja połączona jest z restauracją i małym ogrodem. Pracownicy pozwolili mi rozbić namiot na tymże skrawku zieleni i powiedzieli, że mogę wziąć prysznic.

Wykąpana, z umytymi ząbkami, ku uciesze ludzi na stacji, biała Europejka wzięła się za rozbijanie namiotu.
Zasnęłam bez problemu, myśląc już o bagietce z bananem którą zjem rano.

Następny dzień. 

Obudziłam się około 05:30.

Pod murem stacji benzynowej siedział młody, opalony chłopak uśmiechając się głupkowato w moim kierunku.
Kristiano, bo tak miał na imię, był 27 letnim Brazylijczykiem który nie mówił ani słowa po angielsku. Mimo to przez ok 20min próbowaliśmy się dogadać.

Dowiedziałam się, że Kristiano przemierza Amerykę od 4 miesięcy i jedzie właśnie do Buenos Aires. 
Gdy godzinę później uparcie stał obok mnie na wylotówce do Iguazu, pomyślałam, że coś jest nie tak.
Za pomocą translatora Google, mapy i mieszanki angielskiego, hiszpańskiego i portugalskiego (!) wyjaśniłam mu, że tutejsze auta nie jadą w kierunku Buenos i musi pójść gdzieś indziej.
Okazało się, iż chłopak mówił, że okradli go w Buenos, więcej nie zamierza odwiedzać tego miasta i jedzie ze mną zobaczyć wodospad. 

Delikatne nieporozumienie.

Stopa łapaliśmy ok 10min. Zatrzymał nam się tir (a jakże). Kierowcą był Brazylijczyk dzięki czemu Kristiano miał kompana do rozmów, a ja mogłam zająć się pisaniem.

Roberto wysadził Nas kolejne 200km dalej (coś mam szczęście do tego dystansu) w okolicy Santo Tome. 

Po 30minutach stania w upalnym słońcu i tumanach kurzu, zatrzymała się obok nas kolejna ciężarówka z której wysiedliśmy w nieznanym mi nawet ze słyszenia miasteczku: Gdor Virasoro.

Tutaj skonczyła się moja dobra passa i po 5 godzinach stania na poboczu zaproponowałam wyprawę do supermarketu po tanie wino i coś do przegryzienia. 

Noc spędziłam oczywiście w namiocie.

Następnego dnia obudziłam się z myślą, że muszę jakoś rozdzielić się z Brazylijczykiem. Obwiniałam go po trochu o trudności związane ze złapaniem stopa. 

Zjedliśmy śniadanie i wyszliśmy na pobocze. Po 3 godzinach stania na drodze w końcu wyrzuciłam z siebie, że chce się rozdzielić.
Kristiano popatrzył na mnie urażony, ale powiedział że ok, jasne, droga wolna.

5min później siedziałam już na siedzeniu pasażera i objadając się ciastkami ktorymi poczęstował mnie kierowca, próbowałam zagłuszyć wyrzuty sumienia.

Willy podwiózł mnie do Posadas skąd biegnie prosta droga do Iguazu. Do pokonania zostało mi ostatnie 280km.

Po ok 10min zatrzymał się obok mnie pierwszy jak do tej pory samochód osobowy. Na oko 30letni Brazylijczyk podrzucił mnie do Santa Ana mówiąc jednocześnie (a w sumie pisząc w google translator) że Argentyńczycy raczej nie jeżdżą w kierunku Iguazu i będę miała problem żeby coś złapać. 

Trochę mu wierzyłam.
Im dalej posuwałam się na północ tym mniej widziałam samochodów, sklepów, ludzi… Wszystkiego było mniej. Tylko puszczy coraz więcej.

Jednak znów zaczęło dopisywać mi szczęście. Gdy wysiadałam z auta mojego Brazylijskiego kolegi, wymijała nas ciężarówka. Pomachałam wesoło do kierowcy wyciągając jednocześnie karton z nazwą miasta do którego zmierzam i z niedowierzaniem patrzyłam jak auto zjeżdża na pobocze. Zgadnijcie dokąd jechał mój nowy kierowca? 🙂

Nie no, nie przesadzajcie, nie do Iguazu, ale gdy opuściłam jego samochód zostalo mi już tylko 70km drogi.

Gregory (kierowca) zapytał czy chce wypić z nim piwo bo ma tutaj postój całą noc. Zgodziłam się. 

Dziwnie zaczęło się robić gdzieś przy drugiej butelce. 

Przy trzeciej, jego kolega, szeroko się uśmiechając pokazał mi pornola którego oglądali wspólnie na telefonie. 

Po tym incydencie wzięłam plecak, skorzystałam z prysznica na stacji i wybrałam się na poszukiwanie miejsca gdzie mogę rozbić namiot. Po kilku krokach doszłam do czegoś co w ciemnościach wyglądało jak duża polana. Rozbiłam namiot i zmęczona zasnęłam.

Rankiem, wśród śmiechów i hiszpańskich zdań rzucanych w moją stronę z bezpiecznej odległości, przekonałam się, że było to boisko szkolne.

Zwinęłam namiot, wzięłam prysznic i wyszłam na drogę. 20min później siedziałam już w aucie (tirze  oczywiście) które zawiozło mnie wprost do Puorto Iguazu 🙂

* Jeśli macie wybór zatrzymujcie się na stacjach YPF, znajdziecie na nich darmowe prysznice i wifi 

** Ciężko znaleźć bankomat w miasteczkach ulokowanych po drodze więc lepiej miejcie trochę gotówki 

*** Gdor Virasoro – miejscówka w której utknęłam. Najlepiej zatrzymajcie się obok dworca autobusowego. Są tam darmowe łazienki i wifi (ogólno dostępna sieć nie działa, ale przewoźnicy mają tam swoje biura i własne wi-fi. Jak ładnie poprosicie to dają Wam hasło)

**** W pojedynkę łapie się milion razy łatwiej 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s